piątek, 4 grudnia 2015

Pęczotto z groszkiem i wędzonym boczkiem

Kiedyś niania Zosi zrobiła nam zasmażaną kapustę. Była cudowna, aksamitna. Nigdy jeszcze tak dobrej nie jadłam. Rozpływałam się w zachwytach, gdy nagle M. stwierdził:
- Tylko nie pytaj niani, ile dała do tej kapusty masła.

Oczywiście wiedział, że zaraz widelec zawiśnie w powietrzu, a na mojej twarzy pojawi się przerażenie. Już było wiadomo, że musiało go być D U Ż O O O O O!!!!!! No cóż, prawie kostka masła na średniej wielkości kapustę. Przerażenie na mojej twarzy szybko zmieniło się w konsternację. Co robić dalej? Zostawić czy skończyć? Tak dużo kalorii, ale i taka smaczna. W końcu postanowiłam odpuścić. W końcu od jednej porcji nie utyję zbyt dużo...


niedziela, 6 września 2015

Emilka z Magicznego brzozowego wzgórza

Kiedy byliśmy mali, dostawaliśmy z bratem przytulanki od mamy, robione jej własną ręką. Najbardziej pamiętam dwa małe delfiny, czerwony dla mnie i niebieski w kropki dla mojego brata. Przeżywaliśmy wtedy okres fascynacji 'Delfinem Um' (czy ktoś jeszcze pamięta???). Nasze delfiny były zrobione z resztek materiałów, wypchane czym się dało, a właściwie 'tym, co było dostępne' i służyły nam przez długie lata. Nasze ukochane nocne przytulanki! Pamiętam, że delfin mojego brata w końcu się podarł i była to całkiem duża tragedia.

Wchodząc w świat blogów, okryłam przytulankowe cuda, jakie potrafią zrobić blogerki (głównie to są jednak 'one'). Wymarzyłam sobie, że kiedyś zamówię taką przytulankę zrobioną specjalnie dla Zosi. Tyle, że tych pięknych rzeczy jest takie mnóstwo, że aż trudno się zdecydować i jakoś nigdy nie doszłam do etapu zamawiania. Aż trafiłyśmy na jarmark z okazji otwarcia Chaty nad Wisłokiem.


czwartek, 25 czerwca 2015

Wegańskie naleśniki z jagodami, czyli coś na poprawę humoru


Nasz remont, zamiast przyspieszyć, ostatnio coś zwolnił. Kafelki i malowanie odbywa się w ślimaczym tempie. Przyjeżdżają materiały, sprzęty i nawet nie ma ich gdzie złożyć. Pogoda za oknem barowa i nic nie cieszy. Jedyne, co nam wszystkim poprawia humory, to naleśniki. Smażę je ostatnio w ilościach hurtowych. Na weekendowe śniadanie i na kolację w czasie tygodnia.

Pamiętacie, w jakim szoku byłam, gdy okazało się, że muszę z diety Zosi wykluczyć mleko i jajka? Pierwszą myślą w gabinecie lekarza było 'jak ja zrobię naleśniki???' Usłyszałam wtedy 'to proste, mleko roślinne i banan zamiast jajka'. Faktycznie, to jest proste.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Decyzje, decyzje, decyzje...

Ktoś kiedyś powiedział mi, że jestem niezłym 'egzekutorem'. Trzeba coś zrobić, to róbmy. Jest cel, który trzeba osiągnąć, to róbmy wszystko, żeby go osiągnąć. To już nie czas na debatowanie, to czas na działanie. Jak to dobrze, że mam taką cechę! Inaczej pewnie marzyłabym o wielkiej ucieczce...

Nasz remont wkroczył w finalną fazę. Wykończenie. Kafle, farby, biały montaż, fugi, meble na wymiar, kamienie, lampy, krany... Czy o czymś zapomnieliśmy? Czy coś jeszcze trzeba zamówić? Spędzamy godziny w sklepach, w sieci. Selekcjonujemy, wybieramy, decydujemy. To, tamto, a może jednak to? Czasami po prostu marzę o powrocie do czasów, kiedy nie było wyboru i brało się to, co było.


wtorek, 2 czerwca 2015

'Getting Things Done', czyli ciąg dalszy o wybrzebywaniu się z zaległości

Maj przeleciał mi między palcami. Praca, remont, ogród i kilka nowych dużych spraw do ogarnięcia. Bez 'pomocy naukowych' już nie mieści mi się wszystko w głowie. Pamiętacie matrycę ważne i pilne? Tak naprawdę to dopiero wstęp do porządkowania zadań. Jak już mamy ustalone priorytety, trochę łatwiej zabrać się do pracy. Zaczynać jedną sprawę, kończyć i zabierać się do następnej. Sprawnie i skutecznie. Tylko czy tak można? Można, jeżeli poświęcicie trochę czasu i energii na zastosowanie pewnych zasad. Pomoże nam w tym 'Getting Thinks Done, czyli sztuka bezstresowej efektywności' David Allen.


piątek, 29 maja 2015

Imieniny i urodziny z wegańskim tortem w tle

Imienin, które teoretycznie mam dzisiaj, praktycznie nie obchodzę. Ważne są urodziny, też w maju. M. kiedyś obchodził bardziej imieniny, ale od kiedy jesteśmy razem został 'przestawiony' na ważniejsze moim zdaniem urodziny. Dla Zosi w tej chwili również najważniejsze są urodziny. Choć ostatnio dowiedziała się w przedszkolu, kiedy ma imieniny. Zawsze się zastanawiam, czy moja percepcja tych świąt byłaby inna, gdyby w mojej rodzinie nie było imieninowo-urodzinowego galimatiasu.


środa, 27 maja 2015

Jajka ze szpinakiem a'la shakshouka

Mówi się, że shakshouka (szakszuka) wywodzi się z kuchni tunezyjskiej, ale znana jest w całym basenie Morza Śródziemnego. Pierwszy raz czytałam o niej w nawiązaniu do podróży po Jerozolimie. Dzisiaj rano ustaliłam, że również w kuchni włoskiej jest podobne dane. A najśmieszniejsze, że będąc kilkukrotnie w Tunezji, nigdy jej tam nie jadłam.

shakshouka za szpinakiem

poniedziałek, 25 maja 2015

Wysokie obcasy, czyli matka i córka w jednej szafie

Kiedy zaczynałam pisać tego bloga, Zosia miała ledwo ponad rok. Nasza relacja była już 'ogarnięta'. Poza oczywistym karmieniem, przewijaniem, zabawami na kocyku, doszło już bieganie za nią. A w szafie pojawiły się jej pierwsze buty. Teraz, kiedy Zosia ma prawie cztery lata, już nie muszę za nią biegać. Wszystko chce robić 'sama'. Nie muszę jej karmić i przewijać. Wspólnie jeździmy na konie i robimy sobie dyskoteki. Jednego dnia potykam się o jej baletki, klapki czy kalosze, a drugiego o swoje szpilki. Tylko, halo, skąd się one wzięły w pokoju?

wysokie obcasy

czwartek, 21 maja 2015

Mój ogród, czyli jak tęsknię za grillowanymi warzywami w oliwie

Kiedy rozmawialiśmy o przeprowadzce na wieś, najfajniejszym wydawało mi się, że zmieni się mój system pracy. Intensywnie od wiosny do jesieni, leniwie przez zimę i znowu aktywnie od wiosny. Miało być prawie jak w 'Nocach i dniach' czy 'Chłopach'. Oczywiście w realu jest całkiem inaczej. I nie tylko dlatego, że nie zrezygnowaliśmy całkowicie z naszej działalności zawodowej. Zimy nie są leniwe, są po prostu normalnie aktywne. Od rana do wieczora, od poniedziałku do niedzieli. Zawsze jest coś do zrobienia, nawet w największe zimowe zawieruchy. Kiedy przyzwyczaimy się do odśnieżania, zaczynają się wykoty. Potem przychodzi wiosna i mamy wrażenie, że nawet 36-godzinna doba byłaby za krótka.


środa, 13 maja 2015

Zakupy S.M.A.R.T., czyli ciąg dalszy, jak uczę się nie marnować jedzenia

Pamiętacie straszącą mnie lodówkę? Dzisiaj ciąg dalszy mini poradnika, jak nie wyrzucać jedzenia. Część pierwszą znajdziecie tutaj. Poznaliśmy już metody magazynowania i pomysły na opróżnianie lodówki. Teraz czas na etap drugi - 'ponowne zatowarowanie', czyli zakupy.
 
Po angielsku SMART znaczy mądry, inteligentny, elegancki czy bystry. W terminologii korporacyjnej S.M.A.R.T. dotyczyło najczęściej celów i znaczyło tyle co KONKRETNY (Specific), MIERZALNY (Measurable), OSIĄGALNY (Achievable), REALNY (Realistic) i OKREŚLONY W CZASIE (Time-bound).

Dla mnie oba te określenia idealnie odnoszą się do tego, jak powinnam robić zakupy, jeżeli naprawdę chcę coś zrobić z ilością marnowanego jedzenia.


poniedziałek, 11 maja 2015

Żeberka jagnięce wolno pieczone

Robiąc dzisiaj zakupy z ciocią Zosia poprosiła o zeszycik z przepisami. Miał to być prezent dla mamy, bo jej zdaniem 'mama nie umie gotować'. Mimo zapewnień cioci, że mama potrafi gotować, nie chciała ustąpić i ostatecznie dostałam ten zeszycik. Jak można się było spodziewać od kilku godzin zastanawiam się, skąd u Zosi takie stwierdzenie. Wiem, że umiem gotować, ale może inaczej jest z jej punktu widzenia. Może faktycznie nie umiem gotować dla niej?

Kiedy Zosia zaczynała jeść 'normalne' jedzenie, jadła praktycznie wszystko. Mięso, ryba, warzywa. Nie było plucia, rzucania miseczkami. Wręcz przeciwnie. Potrafiła sama iść do szafki, wybrać słoik z obiadkiem, domagała się łyżeczki i zasiadała do jedzenia. I coraz częściej próbowała, co jedzą dorośli. Nasze obiady były dostosowywane do niej i na początku było dobrze. Nie pamiętam kiedy i dlaczego to się zmieniło. Pewnego dnia przestała jeść wszystko poza mlekiem.

środa, 6 maja 2015

Jak uczę się nie marnować jedzenia

Pamiętacie mój wpis o lodówce? Od tamtego czasu staram się robić wszystko, żeby jakoś ją uporządkować i przestać wreszcie marnować jedzenie.

Inspiracją był artykuł z Greatist.com (znajdziecie go tutaj),  który pokazuje jak mądrze kupować, co robić z żywnością w domu i co można zrobić w restauracji, żeby ograniczyć marnowanie jedzenia.

poniedziałek, 4 maja 2015

Tarta ze szparagami


Moje pierwsze szparagi będę pamiętać pewnie do końca życia. Pierwsza podróż służbowa, pierwszy raz w Wiedniu, pierwszy raz w otoczeniu magnolii i pierwsze zjedzone szparagi. Białe w sosie holenderskim. Obłędny lunch w obłędnej scenerii. Dla kogoś, kto zaczął pracę niecałe pół roku wcześniej to było naprawdę coś. Po wielu latach jedzenia szparag, mogę już powiedzieć, że jednak wolę zielone i one częściej goszczą na naszym stole.


niedziela, 3 maja 2015

Po-majówkowe refleksje, czyli jak ważne jest Twoje stado

Mogłabym opublikować dzisiaj przepis grillowy, mogłyby być migawki z okolicy, ale zdecydowałam się na refleksje na temat życia stadnego. Dlaczego? Ponieważ 1. czasami to właśnie mojego stada najbardziej mi brak, a 2. często w czasie majówki mamy okazję albo gościć naszych przyjaciół albo sami jesteśmy gośćmi, więc naturalnie tworzymy jakieś stado.

co nam daje życie w stadzie

środa, 29 kwietnia 2015

Kisiel wiśniowy z całymi wiśniami

Czy u Was dzisiaj też tak zimno? Wstaliśmy rano i włączyliśmy ogrzewanie. Przed wyjściem z domu wyciągnęliśmy znowu zimowe kurtki. A już miałam je wczoraj wyprać... 29 kwietnia i 6 stopni C na termometrze!

Żeby sobie jakoś poprawić humor, na podwieczorek zrobiłam kisiel wiśniowy. Z kisielem jak zwykle wiąże się opowieść. Kiedy już po śmierci mamy jeździłam do domu, zwiedzaliśmy z tatą restauracje w całym Trójmieście. Jeżeli zostawaliśmy w Gdyni, to najczęściej chodziliśmy do nowo otwartej wtedy Barakudy. Poza rybami w moim menu obowiązkowo był 'deser wiśniowy'. Aż któregoś razu tego deseru już nie było. Został zjedzony przez poprzednich gości. Niepocieszona zatrzymałam się w sklepie i pod wpływem impulsu kupiłam mrożone wiśnie i sok wiśniowy. Pół godziny później miałam swój 'deser wiśniowy'. Taki sam, a może i lepszy i dodatkowo w znacznie większej ilości.

wisniowy kisiel z calymi wisniami

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Wieś czy miasto? Miasto czy wieś?

Jak fajnie jest pojechać na kilka dni do Warszawy. Zobaczyć znajomych, połazić po sklepach, zajrzeć do ulubionych miejsc. Po każdym takim wyjeździe oczywiście podsumowuję, czy warto było wyprowadzić się na wieś.


środa, 22 kwietnia 2015

Tarta z burakami

Pierwszy raz z wytrawną tartą, zwaną quiche'em, zetknęłam się podczas studenckich wakacji w Anglii. Nie mogłam zrozumieć jej fenomenu, tym bardziej, że pracując w barze, widziałam, co się do nich dodaje. Na pierwszy rzut okiem był to dla mnie śmietnik, zbiór resztek, czyli raczej nic zachęcającego do spróbowania. Aż w końcu uległam namowom kucharza i spróbowałam. I... przepadłam. Od tego momentu po prostu wsiąkłam w świat tart. Już nie nazywam ich 'śmietnikiem', a najwyżej 'kreatywnym wykorzystaniem resztek' (bo i takie tarty czasami popełniam), ale często są to po prostu wykwintne dania, idealne na przystawkę lub kolację.


poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Matryca ważne-pilne, czyli jak wygrzebałam się z zaległości

Jak dobrze, że zdarzyła mi się infekcja oczu! Dzięki niej spędziłam znacznie mniej czasu przy komputerze i wygrzebałam się z codziennych zaległości. Wyprowadzając się na wieś, nie zrezygnowaliśmy w całości z naszego życia zawodowego. Śmiejemy się, że zamieniliśmy jeden etat na trzy. Obok pracy, dzięki której praktycznie żyjemy, doszły owce, działalność rolnicza i znacznie bardziej rozbudowane prace domowe. I czasami niestety wszystko się tak nakłada, że ledwo wiążemy koniec z końcem. Dlatego od jakiegoś czasu wracam do swoich zwyczajów korporacyjnych, biorę ołówek, kartkę papieru i robię mentalny porządek w mojej głowie.


czwartek, 16 kwietnia 2015

Nie wyrabiam...

Po prostu nie wyrabiam... I to już od kilku dobrych dni. Wczoraj miał być wpis o tym, jak sobie w takiej sytuacji pomóc. Pomoce naukowe przygotowałam, ale na sam wpis nie starczyło już sił... Dopadło mnie przesilenie wiosenne w połączeniu z początkiem alergii pyłkowej, zapaleniem spojówek i rogówki. I jeszcze boli mnie głowa, bo zachciało mi się wiosennego oczyszczania...

magnolia

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Zupa dyniowa z mlekiem kokosowym i świeżą kolendrą

W tak wietrzny dzień jak dzisiaj, zastanawiam się, jak to możliwe, że ja, dziewczyna z nad morza, mam problem z wiatrem. Kiedyś, kiedy wiało, specjalnie chodziłam na spacer nad morze. Żeby przewiało, przewietrzyło, dotleniło i na-jodowało. Generalnie było to bardziej pozytywne doznanie. Fale szalały, a mi robiło się lżej na duszy.

Teraz podczas wiatru marznę, kurczę się, kulę. A przy tym 'łapię doła'. Czepiam się i złoszczę byle czego. Jak przestaje wiać, zastanawiam się, o co mi tak naprawdę chodziło i oczywiście nie mam zielonego pojęcia. I nie tylko my tak mamy. Zwierzęta są niespokojne, strachliwe albo złośliwe. Im także przechodzi, kiedy na dworze (lub 'na polu' jak się tutaj mówi) robi się cicho.

zupa dyniowa

czwartek, 9 kwietnia 2015

Pokaż mi swoją lodówkę, a powiem Ci kim jesteś

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze mieszkałam sama w Warszawie, nocował u mnie kolega mojego brata. Miał jakieś ważne spotkanie kolejnego dnia. Zakręcona z samego rana, jak zwykle w pośpiechu, kompletnie zapomniałam o swoim gościu i wychodząc z domy zamknęłam drzwi na oba zamki. Oczywiście, że nie takie zwyczajne. Jeden z nich można było otworzyć tylko z zewnątrz... Już dojeżdżałam do biura, kiedy dzwoni mój gość i mówi, że nie może wydostać się z domu. Olśnienie! Tak, górny zamek! Udało mi się sprawnie zawrócić. Obiecałam, że będę za chwilę, a jemu zasugerowałam zjedzenie w międzyczasie śniadania z tego, co znajdzie w lodówce. Na szczęście zdążyłam, podrzuciłam go do centrum i nawet nie spóźniliśmy się bardzo. Po południu dzwoni mój brat:
- Sista, co Ty masz w lodówce?
- Nie wiem, jakiś jogurt, ser, pewnie coś jeszcze.
- Nie, masz przeterminowany jogurt i przeterminowaną musztardę.
- Skąd wiesz??? Rafael zadzwonił do mnie i opowiedział o porannym zamieszaniu. Strasznie się uśmiał, jak zaproponowałaś mu śniadanie. Tak to podsumował: 'Słuchaj stary, ona ma pustą lodówkę, a to co w niej jest, jest przeterminowane. Zaproponowała śniadanie, tylko z czego miałem je zjeść???'.

Do dzisiaj uważam, że musztarda nie jest się w stanie przeterminować. Umieszczanie daty ważności to tylko wymóg prawny. Ale dzisiaj mam już nieco inny problem z lodówką.


wtorek, 7 kwietnia 2015

Trzeci Dzień Świąt i wytrawne muffiny

Znacie koncepcję 'Trzeciego Dnia Świąt'? U nas bywa i po Wielkanocy i po Bożym Narodzeniu. Wymyślili go moi rodzice i ich znajomi. Tacy, którym dwa dni świętowania było za mało :-) Albo i nie dawali rady ogarnąć wszystkiego kilometrowo...

Ideą tego święta jest przede wszystkim 1. dać szansę świętować gospodyni domu i 2. spotkać się nie tylko z najbliższą rodziną 'z krwi i kości', ale i z tymi, którzy przez lata stali się rodziną, mimo że nie są ze sobą spokrewnieni. Tego dnia nie ma gotowania. Nie ma też specjalnego nakrywania stołu. Jest za to odgrzewanie resztek z lodówki i ogólna samoobsługa (od przygotowania jedzenia po sprzątanie). Wszystko po to, aby pani domu chociaż ten jeden dzień mogła odpocząć. Tego dnia spotykaliśmy się zawsze z przyszywanymi ciociami i wujkami, często najbliższymi nam osobami. W normalne dni świąteczne takie spotkania nie były możliwe ze względu chociażby na zobowiązania rodzinne.

Będąc dzieckiem myślałam, że jest to prawdziwe święto. Potem, kiedy już 'zostałam uświadomiona', że większość i tak go obchodzi. Dopiero jak wyjechałam do pracy do Warszawy, okazało się, że jest to nasz rodzinny wynalazek. Ale powiedźcie sami, czyż nie fajny i zarazem praktyczny?


sobota, 4 kwietnia 2015

Wesołych Świąt!

W tym roku po raz pierwszy czuję, że wtapiamy się w to miejsce. To za sprawą naszej Zosi znam coraz więcej ludzi, uczestniczę w małych wydarzeniach łączących tę społeczność i zapuszczam korzenie, dosłownie.

Mimo że na budowie wrze, kilka dni temu spotkaliśmy się z projektantką naszego ogrodu. Po świętach zaczynamy prace nad koncepcją i sadzimy jeszcze tej wiosny. Ale to niesamowity przypływ energii! Aż chce się samemu wziąć łopatę do ręki! Oczywiście żartuję, bo z łopatą daleko byśmy nie zajechali. Potrzebne będą maszyny, ale samopoczucie i tak mam od razu lepsze.

I tego Wam wszystkim życzę! Żeby te Święta były czasem dla Was i dla najbliższych. Spełniajcie swoje zachcianki, róbcie tylko to, na co macie ochotę i wypoczywajcie!

Ten wieniec kupiłam na Kiermaszu Wielkanocnym w sąsiedniej wsi, gdzie Zosia chodzi do przedszkola. Dzięki funduszom zgromadzonym na kiermaszu, do przedszkola zostaną zakupione instrumenty muzyczne.



środa, 1 kwietnia 2015

No i klops, tyle że jagnięcy

Przez większą część swojego życia moja mama nie pracowała zawodowo. Prowadziła dom i opiekowała się nami. Oczywiście wszyscy myśleliśmy, że tak właściwie to ona nic nie robi i kombinowaliśmy jak mogliśmy, żeby każdy miał najlepiej. Jak teraz o tym pomyślę, to robi mi się słabo. Trzy, cztery zestawy obiadowe, dla każdego inne śniadanie czy kolacja, w każdy weekend ciasto i na dodatek pies, który był kompletnym niejadkiem. Kiedyś w ramach dowcipu opowiadaliśmy historię, jak to moja mama odprawiła dzieci na kolonię i została sama w domu (tato był w morzu). Przez dwa tygodnie gotowała na obiad to, co jadł pies. Jakieś mięso, warzywa i kasza (ryż już nie wchodził w grę). Pies dostawał swoje, a nasza mama swoją porcję tylko doprawiała... Teraz już wcale nie chce mi się śmiać. Jak Zosia trochę mi 'dopieka', to zawsze sobie myślę, że mam za swoje.

Mimo że ogólnie staram się nie powielać jej życiowego schematu (choć w wielu kwestiach jednak tak się dzieje - czyżby geny???), to mimo wszystko na święta zawsze robimy 'listę zamówień'. Dla mnie będzie pieczona karkówka, dla M. prawdziwy sernik, a dla Zosi różowa polewa na drożdżówce. Gdyby na święta przyjeżdżał mój brat, to dla niego byłby pieczony mieleniec, czyli klops. Powiedźcie sami, jak to się dzieje, że w takiej formie mielone zawsze smakuje sto razy lepiej?


poniedziałek, 30 marca 2015

Suflety z fetą i szpinakiem

Widzieliście już świeży szpinak? U nas pojawił się w warzywniaku w zeszłym tygodniu. Nie mogłam go nie kupić! Szkoda tylko, że trafił mi się ostatni nieduży pęczek. Na szczęście była to idealna ilość na wyśmienite suflety serowe. Pamiętacie książkę Annabel Langbein 'Kuchnię w stylu wolnym'? To kolejny przepis z tej książki, który bardzo polubiliśmy.

Jeżeli spodziewacie się gości w święta i lubicie łamać schematy, to te suflety będą idealne na przystawkę. Lekkie, wiosenne. I przede wszystkim można je przygotować wcześniej! Na pewno zabłyśniecie!

piątek, 27 marca 2015

Drożdżowa baba wielkanocna

Uwielbiam drożdżówki. Najbardziej te z kruszonką, ale i te z lukrem. A może i z kruszonką i lukrem? Tak, takie 'wypasione' lubię najbardziej! W moim domu rodzinnym często pachniało ciastem drożdżowym, szczególnie w piątek. Wtedy na sobotnie śniadanie nie potrzebowaliśmy już nic więcej.

Moja mama czasami narzekała, że ciasto nie wyrosło, że jest drobny zakalec. Wszystko się jednak zmieniło, gdy dostała nowy przepis od jednej ze swoich koleżanek. Od tego momentu nie było mowy, żeby ciasto nie wyszło.

środa, 25 marca 2015

'Ojej, święta' czy może 'spokojnie, święta'?

No właśnie 'ojej, święta już za tydzień' czy może 'spokojnie, święta za tydzień'? Jak jest u Ciebie? Panika czy może spokój? A może należałoby zapytać, jakim jesteś typem - totalny spontan czy wszystko zaplanowane i pod kontrolą?

Zawsze wydawało mi się, że wszystko mam pod kontrolą, zaplanowane. Ale kiedy przygotowywałam święta po raz pierwszy, we własnym domu, zrozumiałam, dlaczego moja mama tryskała delikatnie mówiąc średnim humorem przy świątecznym stole. Ona była po prostu masakrycznie zmęczona, niewyspana i pewnie myślała sobie, co by tu zmienić w kolejnym roku, żeby się tak nie 'narobić'.


poniedziałek, 23 marca 2015

Najpiękniejszy prezent od mojej córki

Niedziela, 5:00 z minutami:
- Mamo, mleko!
- Zosiu, śpimy.
- Mamo, mleko, mleko, proszę!
- Zosiu, jest jeszcze noc. Nie będzie mleka. Śpimy.

Gdzieś około 6:00. Słyszę, jak M. wstaje. A jednak nie udało mu się już zasnąć.

Kilka minut później. Tup, tup, tup. Myślę sobie, świetnie, już po spaniu... Zosia pakuje się do łóżka z całym swoim majdanem (pielucha, dwa przytulaki, kubek na mleko). Ale nic się nie odzywa. Kładzie się na poduszce obok, przykrywa i... zasypia. A ja zaraz za nią.

9:10. Budzę się sama, naprawdę wyspana. Zosia nadal śpi obok.

9:15. Zosia otwiera oczy i od razu słyszę 'Mamo, mleko proszę'. Z uśmiechem na twarzy wstaję i idę do kuchni.

Około 10:00. Jesteśmy już po śniadaniu i siadamy w dobrych humorach do układania puzzli.



Ostatnio rozmawiałam z koleżanką o tym, co dzieci zabierają, a co dają. Od prawie czterech lat sen jest na samej górze listy moich osobistych deficytów. Przez pierwsze półtora roku stawałam równo co dwie godziny, potem trzy razy w nocy i dopiero od lutego tego roku nie wstaję wcale lub bardzo sporadycznie. Dlatego to, co dostałam wczoraj jest dla mnie tak cenne :-)

Gdybym mogła, oprawiłabym sobie te kilka godzin w najpiękniejsze z możliwych ramek i powiesiła obok innego prezentu od Zosi.


piątek, 20 marca 2015

Tak, tak, pamiętam...

W moim miejskim życiu nie rozstawałam się z nim prawie nigdy. Była wersja papierowa, ale i był elektroniczny. Ten służbowy w komputerze, ten prywatny w telefonie. Wersja papierowa łączyła oba. Gdzieś na początku grudnia zaczynałam szukać nowego, na kolejny rok. Musiał mieć odpowiednią wielkość, ale i musiał mi się podobać. Przecież miał być ze mną przez cały rok. Jedna z moich przyjaciółek zawsze mi powtarza, że widzi mnie w garsonce, na szpilkach i z kalendarzem właśnie w ręku.

kalendarz

środa, 18 marca 2015

Muffiny wegańskie, czyli co się może stać, jak odwrócimy wzrok

'Mamo, chcę naleśniki.'
'Zosiu, naleśniki były wczoraj. Może zjesz samego banana?'
'Nie, nie chcę banana. Chcę coś słodkiego.'
'A może zrobimy muffiny?'
'Tak, muffiny! Zróbmy muffiny!'

Zosia już wyciągnęła swój fartuszek, przyciągnęła taboret i zaczęła grzebać w szufladzie z dodatkami oznajmiając, że do muffin dodamy rodzynki, suszone banany i na pewno żurawinę. Przepis na 'klasyczne' muffiny (czytaj z jajkiem i mlekiem) znam prawie na pamięć, ale wersję vege musiałam w tej sytuacji znaleźć ekspresowo. Liczyła się każda sekunda. Inaczej do naszych muffin musiałybyśmy dodać jeszcze nie wiem co...

Jak zwykle pomogła Wegan Nerd i na podstawie jej przepisu upiekłyśmy nasze babeczki.

muffiny wegańskie

poniedziałek, 16 marca 2015

Rolnicy znowu blokują drogi, a może jednak mają trochę racji

Z perspektywy mieszczucha wydawało nam się, że rolnicy zawsze wyolbrzymiają swoje problemy. Albo klęska nieurodzaju, albo klęska urodzaju. Ale wiadomo, że klęska. Dopłaty zawsze za niskie, odsetki od kredytu zawsze za wysokie. Jakby nie liczyć, działalność nigdy nie będzie dochodowa.

traktor przy pracy

czwartek, 12 marca 2015

Gruba, czyli o konsekwencjach naszych decyzji

Ludzie czasami pytają nas, jak to się stało, że hodujemy owce. Odpowiadamy wtedy, że kupiliśmy je jako 'kosiarki'. Rok wcześniej nabyliśmy dużą zadrzewioną działkę. Ponieważ jest położona na zboczu góry, stąd ciężko jest ją kosić jakimkolwiek większym sprzętem zmechanizowanym. Przez cały sezon kosiliśmy trawę ręczną kosą mechaniczną. Kiedy kończyliśmy na górze, trzeba było znowu zaczynać na dole. I tak w koło, przez całe lato...

owce na pastwisku

poniedziałek, 9 marca 2015

Szykujemy rozsady warzyw i ziół

Teraz jest najlepszy czas na kupowanie nasion. W sklepach ogrodniczych jeszcze nie ma tłoku, a na półkach towar jeszcze nie jest przebrany. W sobotę zrobiłyśmy z Zosią 'skok na sklep' ogrodniczy i kupiłyśmy nasz już stały zestaw (słoneczniki, cynie, astry z kwiatów i sałaty, zioła, fasolkę szparagową, buraki, szpinak) i kilka nowych kwiatów i warzyw.

szykujemy rozsady - nasiona

poniedziałek, 2 marca 2015

Mleko z pestek dyni i ziaren słonecznika

Któregoś sobotniego popołudnia Zosia urządziła bal. Ubrała się w swoją balową sukienkę, włączyła głośno muzykę i wśród ogólnego śmiechu zaczęła wirować jak baletnica. Wirowała w prawo, w lewo i nagle stanęła. Kątem oka zobaczyła na stole swoją butelkę z mlekiem, krzyknęła 'moje mleko' i już nic więcej się nie liczyło.

No cóż, są na świecie mięsożercy, są roślinożercy, a my mamy mlekożercę. Zosia oczywiście deklaruje, że lubi owoce, warzywa, mięsko, a nawet zupy, ale w praktyce kocha tylko i wyłącznie mleko. I na szczęście dla samej siebie, po tym jak mleko krowie pojawiło się na liście zakazanej, pokochała wszelkie mleka roślinne.

Z pomocą blendera i chufamix robimy mleko z kaszy jaglanej, gryczanej (niepalonej), gotowanego ryżu, płatków owsianych lub orkiszowych, z migdałów (moim zdaniem najlepsze do ciast i deserów), orzechów brazylijskich, nerkowców czy wreszcie z pestek dyni i słoneczka.


piątek, 20 lutego 2015

Powidła dyniowo-jabłkowe, czyli o przetworach na przednówku

Od wielu lat używam jedynie mąki orkiszowej. Kupuję ją zawsze od zaprzyjaźnionych rolników, a w sklepach tylko wtedy, kiedy nie ma innego wyjścia. W zeszłym tygodniu okazało się jednak, że muszę przerzucić się na mąkę sklepową. Kolejna 'moja' mąka będzie dopiero po żniwach. Moją pierwszą reakcją był oczywiście śmiech. Myślałam, że to żart, ale zaraz okazało się, że nie, to jednak prawda. Ziarno się skończyło, zapasy mąki się skończyły i następna będzie dopiero po żniwach... Wtedy przypomniałam sobie o szkolnych lekturach i o przednówku. Pamiętacie, kończyły się zapasy zimowe, zaczynało się reglamentowanie tego, co jeszcze było albo kreatywne przyrządzanie jakiegokolwiek jedzenia. Wszystko, żeby jak najdalej odwlec moment głodu i dotrzymać do pierwszych możliwych plonów.

Ale spokojnie, nas na szczęście głód nie spotka. Poza zapasami mamy też oczywiście sklepy. I to nie jeden w naszej wsi! Nie znaczy to jednak, że nie musimy się zmierzyć z kwestią zapasów zimowych. Gdzieś tam znalazła się jeszcze dynia, jabłka już coraz bardziej się marszczą, a na burakach pojawiło się mnóstwo młodych liści.

O burakach będzie za chwilę. Dzisiaj postanowiłam rozprawić się z dynią i jabłkami. Dziwnie jest robić powidła w lutym, ale nie martwcie się, wynik jest tak samo dobry, jak na jesieni. A w moim ulubionym połączeniu, kanapka z serem i powidłami, wręcz pomaga łatwiej znieść zimowe chłody.

ser z powidłami

czwartek, 12 lutego 2015

Pieczona ryba, taka jak w rodzinnym domu

Kilka dni temu po raz n-ty oglądałam 'Gniew oceanu'. Ilekroć oglądam ten film, moje myśli wędrują do pewnego wieczoru w moim domu rodzinnym, kiedy wszyscy razem, rodzice i brat, oglądaliśmy ten film po raz pierwszy.


środa, 4 lutego 2015

Comber jagnięcy wolno pieczony


Wielu naszych klientów pyta mnie co zrobić z jagnięcym tłuszczem i jak bardzo trzeba go usuwać. Dlatego dzisiaj poza samym przepisem postanowiłam pokazać Wam, w jaki sposób sama przygotowuję jagnięcinę, żeby na końcu otrzymać takie danie:


poniedziałek, 26 stycznia 2015

Psia miłość

Pamiętacie historię naszej Daisy? Kiedy myśmy chcieli, żeby Daisy miała szczeniaki, ona szła w zaparte. Żaden pies nie był wystarczający dobry. A kiedy nam było to nie na rękę (remont, wyprowadzka, zima), ona znalazła wreszcie 'tego jedynego'. I to dosłownie jednego, jedynego psa. Nikt nie zauważył, żeby koło domu kręciły się jakiekolwiek psy (a podobno to standard). Przyłapaliśmy, i to tylko raz, kundelka z sąsiedztwa, który był na tyle wytrwały, że przekopał sobie przejście pod ogrodzeniem.

I oczywiście ta chwila wystarczyła. Szczeniaki pojawiły się w największe mrozy. Śmieszne jest to, że tego konkretnego dnia coś niesamowicie ciągnęło mnie na budowę i do psów. Irracjonalnie, bo pogoda wyjątkowo nie sprzyjała spacerom. W obejściu byli wszyscy, którzy są tam na co dzień, włącznie z robotnikami budowlanymi, ale to właśnie Zosia i ja miałyśmy przyjemność zobaczyć pierwsze nasze szczenięta!


czwartek, 22 stycznia 2015

Ostra marynata wg Annabel Langbein


Czasami łapię się na tym, że kupuję książki kucharskie tylko dla ich ładnych okładek i zdjęć. Przeglądam pierwszego dnia i odkładam na półkę. Sięgam po nie dopiero kiedy planuję kolację dla znajomych albo kompletnie nie mam pomysłu no to, co naprawdę chciałabym zjeść. Zazdroszczę tym, którzy zaczytują się książkami kucharskimi, zaznaczają ciekawe przepisy, czy wręcz od razu biegną do kuchni. Zastanawiam się, dlaczego u mnie wygląda to inaczej. Może jednym z powodów jest to, że czytając o jedzeniu od razu mam ochotę jeść... A ja przecież większość czasu jestem na jakiejś diecie... 

Jak na razie tylko raz było inaczej. Oglądałam wcześniej programy telewizyjne Annabel Langbein, nowozelandzkiej autorki książek kulinarnych, i dlatego z przyjemnością kupiłam jej 'Kuchnię w stylu wolnym'. Jej przepisy są proste, oparte o sezonowe produkty i naprawdę dobre. Wszystkie, które do tej pory wypróbowałam, sprawdziły się w 100% i są już na stałe w moim repertuarze.

Jej ostrą marynatę uważam wręcz za genialną - pasuje do wielu rodzajów mięsa, jest dobra i do jagnięciny i na przykład indyka, jej ostrość można dopasować do indywidualnych upodobań, daje fajny efekt zarówno w 'klasycznym' jak i wolnym pieczeniu mięsa, można jej użyć do długiego marynowania oraz i wtedy, gdy nie mamy na nie czasu. Za każdym razem efekt będzie trochę inny, ale każdy przypadł nam do gustu. I przede wszystkim wspaniale przechowuje się w lodówce.


środa, 14 stycznia 2015

Ciasto drożdżowe bez jajek i mleka zwierzęcego

Kiedy usłyszałam, że w żywieniu Zosi musimy zrezygnować z jajek i mleka zwierzęcego, moja pierwsza myśl była 'jak zrobić naleśniki'. 'To proste', powiedziała pani doktor, 'mleko roślinne plus banan'. Ok, pomyślałam, a zaraz potem przyszło mi do głowy 'a co z drożdżówką?'. A jednak wszystko da się zrobić - spójrzcie tutaj.


czwartek, 8 stycznia 2015

Pierwszy stycznia i bliźniaki

No i mamy kolejną wiejską zimę i kolejne wykoty. Tym razem, jak w zegarku zaczęliśmy 1.01.2015! To pewnie dlatego, że mieliśmy gości na Sylwestra, a oni strasznie chcieli zobaczyć małe jagniątka. No i mieli szczęście:

 
 

Jeżeli cały rok, będzie jak jego początek, to czeka nas coś wręcz niesamowitego. Mieliśmy super gości. Gotowaliśmy, jedliśmy, śmialiśmy się i jeździliśmy na sankach. A przy okazji każde z nas czegoś się nauczyło - dziewczyny wymieniały ulubione przepisy, chłopaki poznawali tajniki wyrobu piwa. Odpoczęliśmy mentalnie, podładowaliśmy akumulatory i rozpoczynamy podbój 2015!

W ramach postanowień noworocznych zrobiłam dzisiaj porządek w szufladach w biurku i od razu mi lepiej. Wieczorem piekłyśmy z Zosią wegańskie drożdżówki (przepis już za chwilę) i nawet nie nabałaganiłyśmy. No, może troszeczkę... Ale dzięki dobremu ogólnemu samopoczuciu nawet tego nie widzę. Dlatego życzę Wam wszystkich dużo pogody ducha! Niech świat jest lepszy nawet w tak zimne dni, jak dziś!

wtorek, 6 stycznia 2015

Jak dobrze, że Zosia chciała miód!

Od przyjazdu z wakacji walczę z ustami. Są spierzchnięte, pękają, łuszczą się i nic im nie pomaga. W sumie nie ma co się dziwić. Kilka godzin w samolocie, amplituda temperatur, wiatr, mróz, a w domu wysuszające ogrzewanie... Jak dotąd maść witaminowa sobie jednak radziła. A teraz nic... Maści, kremy, olejki, pomadki regeneracyjne i jak pękały, tak pękają nadal.

Na szczęście dla mnie Zosia chciała wczoraj rano miód. 'Malutką łyżeczkę, do miseczki'. Nie zjadła jednak całej, a ja z łakomstwa wylizałam resztę. Jak tylko dotknęłam ustami miodu, przypomniałam sobie, że gdzieś czytałam o jego właściwościach regeneracyjnych w kontekście popękanych ust. Posmarowałam usta wcale nie taką grubą warstwą i od razu poczułam ulgę. Wieczorem jeszcze jedna warstwa i kolejna dzisiaj rano. I wiecie co? Problem rozwiązany! Nic nie piecze, nie boli i już mogę się uśmiechać do woli! Pamiętajcie o miodzie, jeżeli i Was dopadnie ten problem! To takie proste, przyjemne i przede wszystkim skuteczne!


LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...