środa, 29 kwietnia 2015

Kisiel wiśniowy z całymi wiśniami

Czy u Was dzisiaj też tak zimno? Wstaliśmy rano i włączyliśmy ogrzewanie. Przed wyjściem z domu wyciągnęliśmy znowu zimowe kurtki. A już miałam je wczoraj wyprać... 29 kwietnia i 6 stopni C na termometrze!

Żeby sobie jakoś poprawić humor, na podwieczorek zrobiłam kisiel wiśniowy. Z kisielem jak zwykle wiąże się opowieść. Kiedy już po śmierci mamy jeździłam do domu, zwiedzaliśmy z tatą restauracje w całym Trójmieście. Jeżeli zostawaliśmy w Gdyni, to najczęściej chodziliśmy do nowo otwartej wtedy Barakudy. Poza rybami w moim menu obowiązkowo był 'deser wiśniowy'. Aż któregoś razu tego deseru już nie było. Został zjedzony przez poprzednich gości. Niepocieszona zatrzymałam się w sklepie i pod wpływem impulsu kupiłam mrożone wiśnie i sok wiśniowy. Pół godziny później miałam swój 'deser wiśniowy'. Taki sam, a może i lepszy i dodatkowo w znacznie większej ilości.

wisniowy kisiel z calymi wisniami

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Wieś czy miasto? Miasto czy wieś?

Jak fajnie jest pojechać na kilka dni do Warszawy. Zobaczyć znajomych, połazić po sklepach, zajrzeć do ulubionych miejsc. Po każdym takim wyjeździe oczywiście podsumowuję, czy warto było wyprowadzić się na wieś.


środa, 22 kwietnia 2015

Tarta z burakami

Pierwszy raz z wytrawną tartą, zwaną quiche'em, zetknęłam się podczas studenckich wakacji w Anglii. Nie mogłam zrozumieć jej fenomenu, tym bardziej, że pracując w barze, widziałam, co się do nich dodaje. Na pierwszy rzut okiem był to dla mnie śmietnik, zbiór resztek, czyli raczej nic zachęcającego do spróbowania. Aż w końcu uległam namowom kucharza i spróbowałam. I... przepadłam. Od tego momentu po prostu wsiąkłam w świat tart. Już nie nazywam ich 'śmietnikiem', a najwyżej 'kreatywnym wykorzystaniem resztek' (bo i takie tarty czasami popełniam), ale często są to po prostu wykwintne dania, idealne na przystawkę lub kolację.


poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Matryca ważne-pilne, czyli jak wygrzebałam się z zaległości

Jak dobrze, że zdarzyła mi się infekcja oczu! Dzięki niej spędziłam znacznie mniej czasu przy komputerze i wygrzebałam się z codziennych zaległości. Wyprowadzając się na wieś, nie zrezygnowaliśmy w całości z naszego życia zawodowego. Śmiejemy się, że zamieniliśmy jeden etat na trzy. Obok pracy, dzięki której praktycznie żyjemy, doszły owce, działalność rolnicza i znacznie bardziej rozbudowane prace domowe. I czasami niestety wszystko się tak nakłada, że ledwo wiążemy koniec z końcem. Dlatego od jakiegoś czasu wracam do swoich zwyczajów korporacyjnych, biorę ołówek, kartkę papieru i robię mentalny porządek w mojej głowie.


czwartek, 16 kwietnia 2015

Nie wyrabiam...

Po prostu nie wyrabiam... I to już od kilku dobrych dni. Wczoraj miał być wpis o tym, jak sobie w takiej sytuacji pomóc. Pomoce naukowe przygotowałam, ale na sam wpis nie starczyło już sił... Dopadło mnie przesilenie wiosenne w połączeniu z początkiem alergii pyłkowej, zapaleniem spojówek i rogówki. I jeszcze boli mnie głowa, bo zachciało mi się wiosennego oczyszczania...

magnolia

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Zupa dyniowa z mlekiem kokosowym i świeżą kolendrą

W tak wietrzny dzień jak dzisiaj, zastanawiam się, jak to możliwe, że ja, dziewczyna z nad morza, mam problem z wiatrem. Kiedyś, kiedy wiało, specjalnie chodziłam na spacer nad morze. Żeby przewiało, przewietrzyło, dotleniło i na-jodowało. Generalnie było to bardziej pozytywne doznanie. Fale szalały, a mi robiło się lżej na duszy.

Teraz podczas wiatru marznę, kurczę się, kulę. A przy tym 'łapię doła'. Czepiam się i złoszczę byle czego. Jak przestaje wiać, zastanawiam się, o co mi tak naprawdę chodziło i oczywiście nie mam zielonego pojęcia. I nie tylko my tak mamy. Zwierzęta są niespokojne, strachliwe albo złośliwe. Im także przechodzi, kiedy na dworze (lub 'na polu' jak się tutaj mówi) robi się cicho.

zupa dyniowa

czwartek, 9 kwietnia 2015

Pokaż mi swoją lodówkę, a powiem Ci kim jesteś

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze mieszkałam sama w Warszawie, nocował u mnie kolega mojego brata. Miał jakieś ważne spotkanie kolejnego dnia. Zakręcona z samego rana, jak zwykle w pośpiechu, kompletnie zapomniałam o swoim gościu i wychodząc z domy zamknęłam drzwi na oba zamki. Oczywiście, że nie takie zwyczajne. Jeden z nich można było otworzyć tylko z zewnątrz... Już dojeżdżałam do biura, kiedy dzwoni mój gość i mówi, że nie może wydostać się z domu. Olśnienie! Tak, górny zamek! Udało mi się sprawnie zawrócić. Obiecałam, że będę za chwilę, a jemu zasugerowałam zjedzenie w międzyczasie śniadania z tego, co znajdzie w lodówce. Na szczęście zdążyłam, podrzuciłam go do centrum i nawet nie spóźniliśmy się bardzo. Po południu dzwoni mój brat:
- Sista, co Ty masz w lodówce?
- Nie wiem, jakiś jogurt, ser, pewnie coś jeszcze.
- Nie, masz przeterminowany jogurt i przeterminowaną musztardę.
- Skąd wiesz??? Rafael zadzwonił do mnie i opowiedział o porannym zamieszaniu. Strasznie się uśmiał, jak zaproponowałaś mu śniadanie. Tak to podsumował: 'Słuchaj stary, ona ma pustą lodówkę, a to co w niej jest, jest przeterminowane. Zaproponowała śniadanie, tylko z czego miałem je zjeść???'.

Do dzisiaj uważam, że musztarda nie jest się w stanie przeterminować. Umieszczanie daty ważności to tylko wymóg prawny. Ale dzisiaj mam już nieco inny problem z lodówką.


wtorek, 7 kwietnia 2015

Trzeci Dzień Świąt i wytrawne muffiny

Znacie koncepcję 'Trzeciego Dnia Świąt'? U nas bywa i po Wielkanocy i po Bożym Narodzeniu. Wymyślili go moi rodzice i ich znajomi. Tacy, którym dwa dni świętowania było za mało :-) Albo i nie dawali rady ogarnąć wszystkiego kilometrowo...

Ideą tego święta jest przede wszystkim 1. dać szansę świętować gospodyni domu i 2. spotkać się nie tylko z najbliższą rodziną 'z krwi i kości', ale i z tymi, którzy przez lata stali się rodziną, mimo że nie są ze sobą spokrewnieni. Tego dnia nie ma gotowania. Nie ma też specjalnego nakrywania stołu. Jest za to odgrzewanie resztek z lodówki i ogólna samoobsługa (od przygotowania jedzenia po sprzątanie). Wszystko po to, aby pani domu chociaż ten jeden dzień mogła odpocząć. Tego dnia spotykaliśmy się zawsze z przyszywanymi ciociami i wujkami, często najbliższymi nam osobami. W normalne dni świąteczne takie spotkania nie były możliwe ze względu chociażby na zobowiązania rodzinne.

Będąc dzieckiem myślałam, że jest to prawdziwe święto. Potem, kiedy już 'zostałam uświadomiona', że większość i tak go obchodzi. Dopiero jak wyjechałam do pracy do Warszawy, okazało się, że jest to nasz rodzinny wynalazek. Ale powiedźcie sami, czyż nie fajny i zarazem praktyczny?


sobota, 4 kwietnia 2015

Wesołych Świąt!

W tym roku po raz pierwszy czuję, że wtapiamy się w to miejsce. To za sprawą naszej Zosi znam coraz więcej ludzi, uczestniczę w małych wydarzeniach łączących tę społeczność i zapuszczam korzenie, dosłownie.

Mimo że na budowie wrze, kilka dni temu spotkaliśmy się z projektantką naszego ogrodu. Po świętach zaczynamy prace nad koncepcją i sadzimy jeszcze tej wiosny. Ale to niesamowity przypływ energii! Aż chce się samemu wziąć łopatę do ręki! Oczywiście żartuję, bo z łopatą daleko byśmy nie zajechali. Potrzebne będą maszyny, ale samopoczucie i tak mam od razu lepsze.

I tego Wam wszystkim życzę! Żeby te Święta były czasem dla Was i dla najbliższych. Spełniajcie swoje zachcianki, róbcie tylko to, na co macie ochotę i wypoczywajcie!

Ten wieniec kupiłam na Kiermaszu Wielkanocnym w sąsiedniej wsi, gdzie Zosia chodzi do przedszkola. Dzięki funduszom zgromadzonym na kiermaszu, do przedszkola zostaną zakupione instrumenty muzyczne.



środa, 1 kwietnia 2015

No i klops, tyle że jagnięcy

Przez większą część swojego życia moja mama nie pracowała zawodowo. Prowadziła dom i opiekowała się nami. Oczywiście wszyscy myśleliśmy, że tak właściwie to ona nic nie robi i kombinowaliśmy jak mogliśmy, żeby każdy miał najlepiej. Jak teraz o tym pomyślę, to robi mi się słabo. Trzy, cztery zestawy obiadowe, dla każdego inne śniadanie czy kolacja, w każdy weekend ciasto i na dodatek pies, który był kompletnym niejadkiem. Kiedyś w ramach dowcipu opowiadaliśmy historię, jak to moja mama odprawiła dzieci na kolonię i została sama w domu (tato był w morzu). Przez dwa tygodnie gotowała na obiad to, co jadł pies. Jakieś mięso, warzywa i kasza (ryż już nie wchodził w grę). Pies dostawał swoje, a nasza mama swoją porcję tylko doprawiała... Teraz już wcale nie chce mi się śmiać. Jak Zosia trochę mi 'dopieka', to zawsze sobie myślę, że mam za swoje.

Mimo że ogólnie staram się nie powielać jej życiowego schematu (choć w wielu kwestiach jednak tak się dzieje - czyżby geny???), to mimo wszystko na święta zawsze robimy 'listę zamówień'. Dla mnie będzie pieczona karkówka, dla M. prawdziwy sernik, a dla Zosi różowa polewa na drożdżówce. Gdyby na święta przyjeżdżał mój brat, to dla niego byłby pieczony mieleniec, czyli klops. Powiedźcie sami, jak to się dzieje, że w takiej formie mielone zawsze smakuje sto razy lepiej?


LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...