poniedziałek, 26 stycznia 2015

Psia miłość

Pamiętacie historię naszej Daisy? Kiedy myśmy chcieli, żeby Daisy miała szczeniaki, ona szła w zaparte. Żaden pies nie był wystarczający dobry. A kiedy nam było to nie na rękę (remont, wyprowadzka, zima), ona znalazła wreszcie 'tego jedynego'. I to dosłownie jednego, jedynego psa. Nikt nie zauważył, żeby koło domu kręciły się jakiekolwiek psy (a podobno to standard). Przyłapaliśmy, i to tylko raz, kundelka z sąsiedztwa, który był na tyle wytrwały, że przekopał sobie przejście pod ogrodzeniem.

I oczywiście ta chwila wystarczyła. Szczeniaki pojawiły się w największe mrozy. Śmieszne jest to, że tego konkretnego dnia coś niesamowicie ciągnęło mnie na budowę i do psów. Irracjonalnie, bo pogoda wyjątkowo nie sprzyjała spacerom. W obejściu byli wszyscy, którzy są tam na co dzień, włącznie z robotnikami budowlanymi, ale to właśnie Zosia i ja miałyśmy przyjemność zobaczyć pierwsze nasze szczenięta!


czwartek, 22 stycznia 2015

Ostra marynata wg Annabel Langbein


Czasami łapię się na tym, że kupuję książki kucharskie tylko dla ich ładnych okładek i zdjęć. Przeglądam pierwszego dnia i odkładam na półkę. Sięgam po nie dopiero kiedy planuję kolację dla znajomych albo kompletnie nie mam pomysłu no to, co naprawdę chciałabym zjeść. Zazdroszczę tym, którzy zaczytują się książkami kucharskimi, zaznaczają ciekawe przepisy, czy wręcz od razu biegną do kuchni. Zastanawiam się, dlaczego u mnie wygląda to inaczej. Może jednym z powodów jest to, że czytając o jedzeniu od razu mam ochotę jeść... A ja przecież większość czasu jestem na jakiejś diecie... 

Jak na razie tylko raz było inaczej. Oglądałam wcześniej programy telewizyjne Annabel Langbein, nowozelandzkiej autorki książek kulinarnych, i dlatego z przyjemnością kupiłam jej 'Kuchnię w stylu wolnym'. Jej przepisy są proste, oparte o sezonowe produkty i naprawdę dobre. Wszystkie, które do tej pory wypróbowałam, sprawdziły się w 100% i są już na stałe w moim repertuarze.

Jej ostrą marynatę uważam wręcz za genialną - pasuje do wielu rodzajów mięsa, jest dobra i do jagnięciny i na przykład indyka, jej ostrość można dopasować do indywidualnych upodobań, daje fajny efekt zarówno w 'klasycznym' jak i wolnym pieczeniu mięsa, można jej użyć do długiego marynowania oraz i wtedy, gdy nie mamy na nie czasu. Za każdym razem efekt będzie trochę inny, ale każdy przypadł nam do gustu. I przede wszystkim wspaniale przechowuje się w lodówce.


środa, 14 stycznia 2015

Ciasto drożdżowe bez jajek i mleka zwierzęcego

Kiedy usłyszałam, że w żywieniu Zosi musimy zrezygnować z jajek i mleka zwierzęcego, moja pierwsza myśl była 'jak zrobić naleśniki'. 'To proste', powiedziała pani doktor, 'mleko roślinne plus banan'. Ok, pomyślałam, a zaraz potem przyszło mi do głowy 'a co z drożdżówką?'. A jednak wszystko da się zrobić - spójrzcie tutaj.


czwartek, 8 stycznia 2015

Pierwszy stycznia i bliźniaki

No i mamy kolejną wiejską zimę i kolejne wykoty. Tym razem, jak w zegarku zaczęliśmy 1.01.2015! To pewnie dlatego, że mieliśmy gości na Sylwestra, a oni strasznie chcieli zobaczyć małe jagniątka. No i mieli szczęście:

 
 

Jeżeli cały rok, będzie jak jego początek, to czeka nas coś wręcz niesamowitego. Mieliśmy super gości. Gotowaliśmy, jedliśmy, śmialiśmy się i jeździliśmy na sankach. A przy okazji każde z nas czegoś się nauczyło - dziewczyny wymieniały ulubione przepisy, chłopaki poznawali tajniki wyrobu piwa. Odpoczęliśmy mentalnie, podładowaliśmy akumulatory i rozpoczynamy podbój 2015!

W ramach postanowień noworocznych zrobiłam dzisiaj porządek w szufladach w biurku i od razu mi lepiej. Wieczorem piekłyśmy z Zosią wegańskie drożdżówki (przepis już za chwilę) i nawet nie nabałaganiłyśmy. No, może troszeczkę... Ale dzięki dobremu ogólnemu samopoczuciu nawet tego nie widzę. Dlatego życzę Wam wszystkich dużo pogody ducha! Niech świat jest lepszy nawet w tak zimne dni, jak dziś!

wtorek, 6 stycznia 2015

Jak dobrze, że Zosia chciała miód!

Od przyjazdu z wakacji walczę z ustami. Są spierzchnięte, pękają, łuszczą się i nic im nie pomaga. W sumie nie ma co się dziwić. Kilka godzin w samolocie, amplituda temperatur, wiatr, mróz, a w domu wysuszające ogrzewanie... Jak dotąd maść witaminowa sobie jednak radziła. A teraz nic... Maści, kremy, olejki, pomadki regeneracyjne i jak pękały, tak pękają nadal.

Na szczęście dla mnie Zosia chciała wczoraj rano miód. 'Malutką łyżeczkę, do miseczki'. Nie zjadła jednak całej, a ja z łakomstwa wylizałam resztę. Jak tylko dotknęłam ustami miodu, przypomniałam sobie, że gdzieś czytałam o jego właściwościach regeneracyjnych w kontekście popękanych ust. Posmarowałam usta wcale nie taką grubą warstwą i od razu poczułam ulgę. Wieczorem jeszcze jedna warstwa i kolejna dzisiaj rano. I wiecie co? Problem rozwiązany! Nic nie piecze, nie boli i już mogę się uśmiechać do woli! Pamiętajcie o miodzie, jeżeli i Was dopadnie ten problem! To takie proste, przyjemne i przede wszystkim skuteczne!


LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...