czwartek, 31 stycznia 2013

PPG

Usiadł owczarz z laptopem. Coś tam policzył, coś posprawdzał, jeszcze policzył i posprawdzał i w końcu stwierdził:
- Potrzebuję więcej owiec, potrzebuję większych owiec. Wrzosówki są super, ale korporacji na nich nie zbuduję.

Pogadał w związku hodowców owiec, podzwonił, ponegocjował i tak stworzył piąte w regionie stado polskiej owcy pogórza (w skrócie PPG, mięsno-wełniste użytkowanie), rasy bardzo rzadkiej, ale rodzimej, polskiej:


 
Przyjechały do nas w październiku 2012. Rasowe, białe, duże i takie jakieś dziwne... Takie nie nasze...

Chodzimy tak wokół siebie już kilka miesięcy i próbujemy zbudować jakąś nić porozumienia. Chodzilibyśmy pewnie jeszcze dłużej, gdyby nie Jan Vincent (syn Bronisława, noszącego pseudonim 'Benek' ze względu na naszą niechęć do ewentualnych wizyt ABW w naszym gospodarstwie):
 
 
 
Rozbroił nas swoją pociesznością :-) Jak pluszowa maskotka i to z długim ogonkiem! I wreszcie mamy tę nić :-) Ciekawe, jaki będzie, jak urośnie i czy wda się w ojca chrzestnego ;-)



The sheep-breeder sat down with his laptop. He made some calculations, some checks, a bit more calculations and checks and announced at the end:
- I need more sheep, I need bigger sheep. Polish Heath Sheep are great, but they will not let me build the corporation.

He did some talking with the sheep-breeders association, some calls, negotiations and created the 5th flock of Polish Highland Sheep (dual-purpose longwool, related to Rommey Marsh) in the region, very rare but Polish origin breed.

They came to us in October 2012. Pedigree, white, big and a bit strange… Not ours…

We have been trying to get some bond with them for some months now. And it would probably take us longer if not for Jan Vincent (son of Bronisław – yes, like our President – who (the father) is called ‘Benek’ as we are very reluctant to ABW (Internal Security Agency) visits on our farm*)

He is so cute :-) Like a toy with a long tail! And it is him who created the bond we were looking for :-) We are wondering how he will grow up and whether he will have something after his God father** :-)

*check details on ‘www.antykomor.pl’ case
** current Minister of Finance in Poland


niedziela, 27 stycznia 2013

TA szarlotka / THIS apple pie

W 1988 na ścianie kuchni w moim domu rodzinnym wisiał ten kalendarz:
 

Chodziłam wtedy do liceum, robiłam prawo jazdy i biegałam na lekcje rysunku marząc o architekturze. Wtedy też moja mama zrobiłam szarlotkę z tego kalendarza po raz pierwszy.

Na przestrzeni lat tych szarlotek było jeszcze całe mnóstwo - co zdecydowanie widać po stanie kalendarza :-) I ten właśnie przepis zyskał dla nas miano 'naszej ulubionej szarlotki'.

Dzisiaj mamy 2013. Mam własną rodzinę, rocznie robię jakieś 25-30.000 km, a zamiast architektem zostałam magistrem ekonomii. Po wielu latach udało mi się też wreszcie znaleźć ten kalendarz. Zawsze byłam dobra w pakowaniu!

Ale na szczęście mamy go znowu:

Przy śniadaniu Zosia 'zwinęła' mi kawałek ciasta prosto z talerza i zjadła z dużym uśmiechem na twarzy. Tak 'nasza szarlotka' stała się 'szarlotką następnego pokolenia' :-)



SZARLOTKA – krajanka

Tę szarlotkę piecze się na dużej blasze, nie w tortownicy, a po upieczeniu kraje na małe kwadraty.

Z 4 szklanek mąki, 2 szklanek cukru, 2 całych jaj, kostki masła lub margaryny, torebki cukru waniliowego, 2 dag rozkruszonych drożdży, łyżki oleju i  2 łyżek proszku do pieczenia oraz szczypty soli wyrobić ciasto i podzielić na połowy. Jedną rozłożyć na lekko posmarowanej tłuszczem blasze i wyłożyć na 1 kg antonówek (lub innych kwaśnych jabłek) pokrojonych w cienkie plastry. Posypać jabłka łyżką cukru i szczyptą cynamonu (u mnie zawsze bardzo dużo), przykryć drugą połową ciasta i piec około 40 minut w temperaturze 200 stopni C. Po upieczeniu posypać przez sitko cukrem pudrem z wanilią.
 




In 1988 this calendar was on the kitchen wall at my family house.

At that time I was attending secondary school, getting my driving license and dreaming of becoming an architect while going to the drawing classes. Exactly then my mother prepared the apple pie using the given recipe for the very first time.

Over many year  there were a lot of those apple pies made – that you can clearly see given the state of the calendar :-) And this apple pie became ‘our favorite one’.

Today in 2013 I have my own family, drive 25-30,000 km per year and instead of being an architect I have a master degree in economics. After many years of searching I have also found this calendar. I was always good at packing!

But we are lucky to have it back. At the breakfast Zosia has ‘stolen’ a piece of the cake directly from my plate and ate it with a very big smile. That is how ‘our apple pie’ has become ‘next generation one’ :-)


sobota, 26 stycznia 2013

Kołduny litewskie, a może ukraińskie / 'Kołduny'* Lithuanian or maybe Ukrainian

Od kiedy mieszkamy na Podkarpaciu, niektórzy śmieją się ze mnie, że prawie wróciłam do ojczyzny. Moja babcia ze strony mamy była Ukrainką, a dziadek Polakiem. Przed wojną mieszkali pod samą granicą polsko-rosyjską, co oznaczałoby obecnie na terenie Ukrainy. Stamtąd po wojnie przybyli do Gdyni.

Dlatego w moim rodzinnym jadłospisie jest wiele różnych rodzajów pierogów, ale kołduny miały w nim zawsze specjalne miejsce. Pewnie było tak dlatego, że baraninę trzeba było zamawiać wcześniej.

Dzisiaj co prawda nie było żadnej specjalnej okazji, ale za to w zamrażarce miałam jeszcze kawałek karkówki jagnięcej :-)

Na kołduny potrzebne były: mąka (używam orkiszową z zaprzyjaźnionego gospodarstwa rolnego), jajko, sól i woda na ciasto, mielona jagnięcina, czosnek, majeranek, sól i pieprz na farsz:

No i trochę czasu... W moim przypadku prawie 3 godziny, bo w międzyczasie Zosia zjadła i drugie śniadanie i mały lunch, trzy razy oznajmiła, że chce iść spać, a zaraz potem chciała, żeby wyciągnąć ją z łóżeczka, kilka razy myłyśmy ręce i wyrzucałyśmy drobne papierki do śmieci. No i wiele razy musiałam jej pokazać, co robię :-) W przypadku kucharek bez małych pomocników pewnie byłaby to niecała godzina :-)

Kiedy już doszłyśmy do etapu gotowania, było jak z górki - 3 minuty od wypłynięcia i do talerza z barszczem:




 Planowałam obiad na dwa dni, a wyszedł tylko na jeden! Było tak, jak kiedyś w moim rodzinnym domu :-)




Since we live in Podkarpacie, some people at home laugh that I have come back home. My grandmother, from my mother side, was Ukrainian and grandfather Polish. Before the second world war they lived close to Russian border, what in contemporary reality would mean in Ukraina. After the war they moved to Gdynia from there.

That is why in mo family menu there are a lot of dumplings of different kind, but ‘kołduny’ were always having a very special position. Probably because you had to order lamb in advance.

Today we had no special occasion to celebrate, but I still had a piece of lamb in my freezer :-)

To prepare ‘kołduny’ you need flour (I use spelt flour from the nearby farm), egg, salt and water for the pastry, minced lamb, garlic, marjoram, salt and ground black pepper for the stuffing.

And a bit of time… In my case nearly 3 hours, because in between Zosia had her breakfast and a small lunch, three times she wanted to go to sleep and in a second she wanted to be taken out of her cot, few times we were washing her hands and putting small pieces of paper to the dustbin. And a lot of times I had to show her what I was doing :-) If you had no such ‘a helper’ it should take no more than an hour :-)

 But once we reached the boiling stage it was a piece of a cake – boil for 3 minutes once the emerge from the bottom, drain and straight to the plate with red beet soup.

I planned this for two-day dinner, but we only had one! It was like years ago at my home :-)



*I am sorry, but I am not going to translate this word – it is worth to learn it.

wtorek, 22 stycznia 2013

Zabijacze głodu / Hunger killers

Po wielu latach bycia na zimowej diecie doszłam do wniosku, że trzeba się zmierzyć z problemem w inny sposób. Nie jestem przecież w stanie zmienić pogody (fakt: im zimniej, tym bardziej chce się jeść), nie mam już ochoty bić się z własnym sumieniem (fakt: im więcej zje się wieczorem, tym bardziej gryzie), ale również nie wyrażam zgody na wiosenną zmianę garderoby i to na większy rozmiar (fakt: im więcej zimowego podgryzania, tym bardziej jest prawdopodobne, że czekają nas zakupy na wiosnę).

Dlatego tej zimy wprowadziłam z życie kilka nowości:
  • jem wszystko w umiarkowanych porcjach max do 17-18:00,
  • utrzymuję swoje wieloletnie już przyzwyczajenie - od lat nigdy nie chodzę w domu w innych spodniach niż jeansy. Są super wskaźnikiem stanu mojej sylwetki - robi się niewygodnie, wiadomo, trzeba przyhamować;
  • ukochane ciasta - ok, ale tylko w weekend,
  • a jak nie daję rady, to sięgam po mój najnowszy wynalazek:
SUSZONE JABŁKA

Tej jesieni z jabłek z naszego sadu wyprodukowałam kilka wielkich słoi suszu. Wydawało się, że wystarczy na całą zimę, ale były po prostu zbyt dobre i zbyt mocno je polubiliśmy. Dlatego tym radośniej powitałam sprezentowaną nam w sobotę siatkę z jabłkami :-)

W ruch poszły noże (dużym wolę kroić je w grube plastry - nie wiem dlaczego, ale smakują znacznie lepiej niż te krojone w cząstki, a mały kozik przyda się do wykrawania gniazd nasiennych):
potem suszarka do grzybów:
i już jutro powinniśmy się cieszyć kolejną partią (trzeba niestety uzbroić się w kilkudniową cierpliwość):

Garść jabłek starcza mi na około godzinę podgryzania i długiego, dokładnego delektowania się każdym kęsem. Kalorii może i trochę mają, ale po pierwsze są twarde, więc dużo nie da się ich zjeść na raz, a po drugie jak pięknie pachną i jakie są pełne smaku :-)




After many years of being on the winter diet I have decided to tackle the issue in a different way. I am not able to change the whether (fact: the colder outside, the hunger seams bigger), I don’t want to fight anymore with my own conscience (fact: more pangs of conscience if more is eaten in the evening), but I also do not agree to change my wardrobe in spring, especially that it would be for the bigger size (fact: the more you eat in winter the more possible it is that the spring shopping will happen).

That is why I have introduced a couple of novelties for this winter:

  • I eat everything in moderate portions up to max 5-6 p.m.
  • I keep my long time habit of wearing jeans only while at home. They show the status of the figure immediately – less comfortable means stop eating
  • beloved cakes – ok, but only during the weekends
  • and if I am not able to fight the need of eating something – use my newest discovery:
    DRIED APPLES

This autumn I have dried a lot of apples from our own orchard and produced several big jars. I thought it would be enough to keep us through the whole winter, but they were simply too good and we liked them too much. It was then a great surprise to be given a big bag of apples on Saturday :-)

Knives in hands (I prefer chief’s knife for cutting big slices – I don’t know why but they taste better then the ones cut into segments – and a small one to remove the seeds). Then used the mushroom drier and tomorrow we should have a new portion (unfortunately it takes a couple of days).

A handful of slices keeps me chewing for at least an hour, very slowly and thoroughly. Ok, they may not be without calories, but it is impossible to eat a lot in one go, actually they are quite tough to chew, and they are so full of smell and taste :-)


sobota, 19 stycznia 2013

Kacperek / Jasper

Pięknego jesiennego dnia trzy samice kociły się równocześnie i po jakimś czasie mieliśmy 6 pięknych jagniąt. Jedna matka miała parę, druga również bliźniaki, a trzecia tylko jedno jagnie. Ale, ale, to razem tylko 5 jagniąt. A szóste? Niestety, do szóstego żadna z matek się nie przyznała...

I tak narodził się Kacperek :-)

Butelka wyparzona, mleko w proszku w dłoń i rozpoczynamy zabawę. Najpierw praktycznie co 2 godziny, potem 5 razy dziennie, a potem to już tylko wystarczyło nasłuchiwać jedynego w swoim rodzaju 'be, be, be' i wiadomo było, że to ta godzina. A kiedy tylko ktoś z butelką pojawiał się na horyzoncie, już stał przy ogrodzeniu i przebierał nóżkami. I rósł wspaniale, jak na przysłowiowych drożdżach.

Kiedy dzisiaj przestało sypać śniegiem, a Zosia jeszcze spała, nie mogłam się oprzeć i choć na chwilę poszłam zajrzeć do naszego Kacperka. Od tygodnia nasza kawalerka znowu jest sama, odsadzona od samic, więc jak tylko mamy chwilę sprawdzamy jak się mają i czy za bardzo nie rozrabiają.

Zawsze wystarczy tylko zawołać 'Kacperek, Kacperek' i oto on:

Przyjdzie się przywitać, da pogłaskać i przy okazji sprawdzi, czy może mamy coś dobrego do jedzenia :-) Ten nasz Kacperek :-)


A friend of mine told me that all she can understand are the pictures… So especially for her and all our English speaking friends I have decided that as of today I will also put the English version:

Jasper

One autumn day three sheep were giving birth at the same time and after a while we had 6 newborn ones. One mum had a couple, second one – also the twins and the third one – one lamb. Wait a moment, it sums up to five only. What about the sixth one? Unfortunately none of the mothers admitted it was her…

And this is how Jasper was born :-)

We took a bottle, powder milk and off we went. At the beginning every second hour then 5 times a day, and later on all we needed was to hear a very unique ‘be, be, be’ to know that the time came. If only he noticed someone approaching with the bottle, he was immediately at the fence. And he was growing very nicely.

Today, when it stopped snowing and Zosia was still asleep I could not resist myself not to check how he was doing. For a week the young boys have been separated from the females and whenever we have a minute we check how they are doing and whether do not play up too much.

All you need is to call ‘Jasper, Jasper’ and he always comes to get some strokes and checks our hands looking for some tasty snack. Simply our Jasper :-)

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Kupiłbym, ale co dalej?

Zachwalaliśmy dzisiaj naszą jagnięcinę. Że zdrowa, że z dobrej hodowli, że smaczna, i to nie tak klasycznie, po jagnięcemu, ale z wyczuwalną nutą dziczyzny i że naprawdę jest jagnięciną, a nie baraniną.

I naraz padło pytanie, ale co dalej, jak ją przyrządzić... Faktycznie nie jest to bardzo popularne u nas mięso, więc pytanie jest tym bardziej uzasadnione. Choć kuchnia jest 'moim terenem' sama nie czułam się pewnie, kiedy wyciągnęłam pierwszy kawałek mięsa i stanęłam przy kuchennym blacie.

Za sobą mam pieczenie (patrz udziec świąteczny), duszenie (wspaniałe curry Rogan Josh - opiszę i sfotografuję przy kolejnej okazji - już wiem, że taka będzie) i odtworzenie z lekką modyfikacją lamb chops po prowansalsku.

Modyfikacja dotyczyła dzikiego pieprzu, który został zastąpiony zwykłym, czarnym. Moim zdaniem efekt był dobry i nie ma sensu zadręczać się brakiem tego składnika. Oczywiście przepisy są ważne, szczególnie przy ciastach, ale drobne modyfikacje są dozwolone wtedy, gdy sytuacja nas do tego zmusza. Każdy, kto choć trochę gotuje, zgodzi się zapewne ze mną, że im ich więcej tym więcej zabawy, pozytywnej niepewności i wreszcie zadowolenia, jak danie ląduje na talerzu i smakuje. A że czasem ląduje na kompoście albo w misce psa... 'Jak się nie wywrócisz, to się nie nauczysz' :-)


 

czwartek, 10 stycznia 2013

Czasem słońce, czasem deszcz...

...a czasem wieje, sypie śniegiem i nie wiadomo, jak wysunąć nogę za próg domu.

W tym tygodniu dopadło nas przesilenie zimowe i stale wspominamy nasze wcześniejsze, miejskie życie. Podobno wtedy to było życie - ciepło, miło i nic tylko odpoczynek ;-) A między wspomnieniami biegamy do owczarni. Tam się dopiero dzieje!

Nasze jesienne tryczki (chłopcy) albo się tłuką, albo bierze je na amory. Jedno z najmłodszych jagniąt ucieka matce - matka beczy, bo nie może wyjść z kojca, a małe beczy, bo nie umie wrócić do matki. Ratlerek, najmniejszy z jesiennych jagniąt, stale siedzi na paśniku, bo przecież tam siano jest lepsze. Wcale się nie przejmuje, że przy okazji zrzuci coś więcej na ściółkę - co tam się martwić, gospodarz dorzuci.... A cała reszta? No cóż je i pije, pije i je... Idzie mróz... Wystawiają pyski na zewnątrz, ale żadna nie wychodzi dalej - w końcu wieje, sypie i zimno.

A owczarz co chwilę przebiera się za antyterrorystę

i biegnie sprawdzić, czy nie pojawiły się nowe małe. Ach te wykoty :-)

P.S. Zakupy w Sanoku robiłam wczoraj - jesteśmy bezpieczni. Ale dziki wschód!

sobota, 5 stycznia 2013

Zaczęło się...

No i zaczęło się :-) Mamy pierwsze tegoroczne jagnięta! Jarka i tryczek, czyli chłopiec i dziewczynka!

Kiedy je zobaczyliśmy po raz pierwszy, siedziały sobie w kącie, między kostkami siana. Same, jeszcze trochę mokre i w dodatku bez mamy... A gdzie była mama? No cóż, nasza 'matka stulecia' pognała z resztą stada na poranną porcję owsa. I w sumie nie ma co się jej dziwić, taki wysiłek każdego może przyprawić o burczenie w brzuchu ;-)

Kiedy już wróciła do swoich małych, szybko oddzieliliśmy całą trójkę i umieściliśmy w ich prywatnym apartamencie:


Jak zawsze przy takiej okazji otworzyliśmy nową statystykę dla 'wykotu zima 2013'. Średnia dla naszej rasy to w zależności od źródła 160-180%, czyli z dużą przewagą bliźniaków. Przy naszym pierwszym wykocie, na który w całości mieliśmy wpływ, osiągnęliśmy 160%. Wynik był niezły biorąc pod uwagę, że do dyspozycji mieliśmy jedynie trochę literatury i podpowiedzi zasłyszane w Związku Hodowców Owiec i Kóz. 

Teraz mamy jeszcze trochę swoich własnych doświadczeń, więc liczymy na jeszcze lepszy wynik :-) Trzymajcie kciuki!

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...