środa, 24 grudnia 2014

Świątecznie

Ale szalone zrobiliśmy sobie Święta! Zamiast sprzątać, robić zakupy, gotować zrobiliśmy sobie wakacje. Taki mały prezent dla nas od Mikołaja. Wróciliśmy w zeszłą niedzielę i ekspresowo przygotowaliśmy to, co trzeba. Są pierogi w cieście bez jajek, "sernik" z kaszy jaglanej i makowiec wegański. Oczywiście wszystko z myślą o Zosi. Dla nas trochę dań bardziej tradycyjnych, ale za to w mniejszych ilościach. No i oczywiście kutia! Jak dobrze, że nie musieliśmy wyeliminować glutenu...

A sobie zrobiłam prezent specjalny. Po raz pierwszy zebrałam w sobie odwagę i SAMA zrobiłam wieniec na drzwi. To było takie moje marzenie, odkąd mamy działkę z mnóstwem drzew iglastych. One aż same się proszą o wykorzystanie przy dekorowaniu domu.


Naładowani słońcem życzymy Wam radosnych, ciepłych, rodzinnych Świąt! Spełnienia marzeń i wspaniałego kolejnego Roku!

P.S. Nie wiem, czy Wy też tak macie, ale mam wrażenie, że w przyszłym roku będzie się dużo i ciekawie działo... Od jakiegoś czasu chodzi za mną chęć sprzątania. I to nie takiego zwykłego, ale np. zrobienie porządku w szufladach w biurku czy w komputerze... A takie 'ciągoty' na wymiatanie jak nic szykują miejsce na nowości... Ich też Wam życzę!

piątek, 28 listopada 2014

Placek pasterski, czyli zapiekanka nie tylko dla pasterzy

Z racji swojej pracy dostawałam często pierwsze numery nowych czasopism, żeby poznać ich treść i oczywiście rozważyć pod kątem naszych celów reklamowych. W ten sposób pojawiło się w naszym domu 'Logo'. Pierwsze dostałam, ale kolejne M. przez jakiś czas kupował dla siebie. Dla mnie najciekawsza była w nim rubryka kulinarna.

Ponieważ ten tytuł był (i pewnie nadal jest) kierowany głównie do mężczyzn, prezentowane w niej dania były stosunkowo proste do przygotowania. Ale nie były banalne i bardzo często pochodziły z różnych kuchni świata. To takie dania, którymi facet mógł zabłysnąć przed kobietą.

W ten sposób do naszego repertuaru wszedł shepard's pie, czyli placek pasterski. Przepis był rodem z kuchni angielskiej, ale wiadomo, że taka lub inna wersja występuje wszędzie tam, gdzie są pasterze. I w dodatku każdy pasterz powie Wam, że należy go robić całkiem inaczej.


poniedziałek, 3 listopada 2014

Nasza mała rewolucja

Katar, kaszel, katar, oskrzela i tak dalej. Na około, od stycznia, praktycznie bez przerwy... Wydawało się, że odpowiedź jest prosta - wszystko wina przedszkola. Na wiosnę winiłam również pyłki, potem kurz. We wrześniu Zosia zaczęła chodzić do nowego przedszkola, a tam kurzu naprawdę nie widać. Wszystko nowe, dywany minimalnej wielkości i odkurzane 'rainbowem'. Przecież Zosia nie może być non stop chora...

Coś nie dawało mi spokoju i wreszcie wybrałyśmy się do Vega Medica. Kilka testów, wizyt lekarskich i jednak dieta eliminacyjna. Zero mleka zwierzęcego i zero jajka. Niestety wysoka nietolerancja.

Najpierw przerażenie, jak ja to wszystko ogarnę, ale w kolejnym tygodniu już jest lepiej. Mleko ryżowe i owsiane bez problemu kupuję w Sanoku, przedszkole otwarte na współpracę, kultury bakterii na jogurt już do nas jadą.

A dzisiaj, po kilku godzinach spędzonych w internecie, mam już przepis i na serek i na tofu i na drożdzówki.

Na początek dziękuję autorkom SmakoterapiiWegan nerd i Vege z milością. Wasze przepisy pokazały mi, że diabeł nie taki straszny, a Zosia nie musi wszystkim mówić 'nic nie mogę jeść'. Damy radę i mniejmy nadzięję, że wkrótce pożegnamy się z katarem!

 
 

piątek, 17 października 2014

Drugie życie słoneczników

Pamiętacie mój ogród w pełni lata?


Zamykała go ściana słoneczników. Uwielbiam je, ich radosną barwę i kształt przypominający słońce. I to, że kwitną tak długo, praktycznie jeszcze na początku jesieni. Niestety, wszystko co dobre kiedyś się kończy. Dzisiaj po słonecznikach zostały już tylko suche kikuty.

Okazało się jednak, że mamy w obejściu wielbicieli i takiej formy tych kwiatów. Wycinamy łodygi, przerzucamy przez ogrodzenie i owce mają wielką frajdę:

 
 
 
 
 

Uwielbiam, kiedy nic się u nas nie marnuje. Tym sposobem mamy już stały element naszego ogrodu.

czwartek, 9 października 2014

Aromatyczny placek z dynią

Są dania, które są niefotogeniczne. Są takie, które zawsze będą wyglądać inaczej. Są też takie, które mogą wyglądać bardzo przeciętnie, ale nieprzeciętnie będą smakować. Dla mnie przykładem potwierdziającym te wszystkie trzy teorie jest właśnie ten placek.

Jego kolor zależy głównie od użytej dyni, a mi trafił się ostatnio egzemplarz blado żółty w środku i taki też wyszedł ten placek. Nie mniej jednak jego smak jak zawsze był genialny.


środa, 1 października 2014

Jesienna sesja

Na początku września przyjechała moja przyjaciółka i miałam sobie zrobić 'dzień wytchnienia'. Miała być chwila nieróbstwa, mała sesja zdjęciowa (na potrzeby bloga i nie tylko) i babskie pogaduszki. Kiedy obudziłam się z samego rana, już wiedziałam, że planować to ja sobie mogę...

Za oknem ani jednego promienia słońca. Wilgoć wisząca w powietrzu, ledwie kilkanaście stopni. Zośka od rana nie współpracowała, telefony urywały się jeden za drugim, a kiedy tylko wyszłam z pod prysznica wyłączyli prąd. Przerwa techniczna do 13:00. Mimo zalewającej mnie wściekłości, jakoś się ogarnęłam, wsiadłam do samochodu, kupiłam coś na śniadanie i pojechałam.

 

Po drodze odebrałam jeszcze kilka telefonów, dzięki którym właściwie powinnam wracać. Ale nie, nie dałam się. Między telefonami, deszczem, moimi minami i niecenzuralnymi słowami udało nam się zrobić nawet kilka zdjęć.


Nie tak sobie wyobrażałam ten dzień, ale w sumie jedno niezłe zdjęcie nawet powstało. Przy okazji przypomniałam sobie, że wyprowadzając się na wieś mieliśmy zwolnić. Miało być życie chwilą, a nie planowanie każdej minuty z półrocznym czasem wyprzedzeniem. Mieliśmy się cieszyć życiem i otaczającym nas światem. Tamtego dnia coś drgnęło i powoli wracamy do marzeń.

Nowa ekipa weszła na budowę. Obok przetworów robię w domu porządki. Zarządziłam detoks od kupowania magazynów (tak długo, póki nie przeczytam wszystkiego, co mam w domu) i od cukru (dzisiaj pierwszy dzień diety dla mnie). W zamian ma być więcej ruchu, śmiechu i wspólnie spędzanego czasu. Trzymajcie za nas kciuki!

czwartek, 18 września 2014

A w ogrodzie...

Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo będę tęsknić za swoim ogrodem. Kiedy tylko było ładnie, po 17:00 rzucałam wszystko i odpoczywałam między roślinami. Tutaj coś oberwałam, tam usunęłam chwasty, a Zosia biegała swobodnie i układała swoje pierwsze bukiety.

Teraz niby mieszkamy bardzo blisko, ale mimo wszystko wyjście do ogrodu stało się małą wyprawą. Zamiast wyjść z domu i zerwać coś na przykład na kolację, wsiadamy w samochód i jedziemy, albo odpuszczamy. Jeżeli chcę coś zrobić po pracy, to znowu samochód, bo Zosia marudzi, że 'po przedszkolu jest za bardzo zmęczona na spacer'.

Umykają nam niektóre rzeczy (np. fasolka szparagowa, której nie zdążyłam zerwać zanim stwardniała czy pierwszy koper zanim zakwitł), a chwasty za to szaleją. W mojej głowie nie ma już ciągłego filmu, a jedynie poszczególne klatki z uchwyconą w danym momencie rzeczywistością.

 

W nagrodę za te podróże rozszalały się w tym roku astry (w poprzednim liczyłam je na palcach obu rąk). Słoneczniki i kosmosy jeszcze się trzymają, ale już tylko dzięki wzajemnej pomocy.


 Zakwitła nam jeszcze raz lawenda. Nic sobie nie robi z oplatających ją nici babiego lata.


Obok ostatnich sałat czy szpinaku na zbiory czekają buraki i marchewki. Po nich ewidentnie widać, że brakowała mi tego lata czasu na wszystko.

 

Wczoraj zdecydowałyśmy z Zosią, że natniemy całe naręcze astrów. Nie możemy się nimi cieszyć patrząc przez okna, więc zabieramy je do naszego tymczasowego domu.


sobota, 30 sierpnia 2014

Ciasto z borówkami i kruszonką - na poprawę humoru


To ciasto z borówkami od pierwszego wypieku zapadło w moją pamięć. Któregoś wieczoru wypełniło kuchnię tak niesamowitym aromatem, że od razu wydrukowałam kartkę z przepisem i dołożyłam do 'tych często używanych'.

Są jeszcze borówki, więc spróbujcie. U nas humory już trochę lepsze.


piątek, 29 sierpnia 2014

Idę sobie powyć...

Dostałam ostatnio maila: "A co tam poza tym u Was słychać - nic się nie odzywacie, informacje czerpię jedynie z bloga (dobrze, że on jest). Jak tam Wasze wyprane owce - jak konkurs na najlepszego hodowcę? A jak tam Wasz remont - na jakim etapie jesteście?"

A u nas... Chce nam się ostatnio wyć. Mieszkamy w rejonie, gdzie wilków jest całkiem sporo, u sąsiadów malamut, który codziennie nieźle 'śpiewa', u Zosi w pokoju takie oto maleństwo, więc nie dziwota, że w obecnej sytuacji dołączylibyśmy do stada.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Śliwki, czyli testuję sposoby na powidła

Piątek - przyjechały pierwsze kosze śliwek.


Sobota - rozpoczynam przerób węgierek. Po 5 godzinach tradycyjnego ciągłego mieszania i smażenia na gazie zaczynam szukać innej metody. Może ktoś wymyślił już coś bardziej 'przyjaznego'? Mam, pieczenie w piekarniku. Próbuję natychmiast z II partią śliwek.


Niedziela - ciąg dalszy. Kolejne smażenie węgierek i zaczynam pestkować mirabelki.


Poniedziałek - smażenie ciąg dalszy. Wtorek - na pewno będzie to samo. Środa - powinnam już przekładać gotowe powidła do słoików.

Koniec tygodnia - potwierdzę Wam, czy metoda na piekarnik się sprawdziła, choć już widać, że jest dobrze.

Muszę się nastawić na pracowite dni. To dopiero początek zbiorów w naszym sadzie...

WYNIKI TESTU:
Metoda super! Jedyne o czym warto pamiętać, to żeby podłożyć coś pod naczynie, szczególnie przy I pieczeniu. Inaczej czekają Was godziny spędzone na szorowaniu blachy z piekarnika.

wtorek, 19 sierpnia 2014

Tiramisu w letniej owocowej wersji

Na początku lipca mieliśmy gości i pierwszy raz było to pięć osób na raz. Nigdy wcześniej nie miałam okazji gotować dla grupy większej niż 5 osób i powiem Wam, że jednak jest różnica. Nie tylko w kwestii przeliczania składników, ale również potrzebnych sprzętów do gotowania. Na szczęście miałam kilka większych garnków i misek i dałam radę.

W menu była i jagnięcina i wspominane już pstrągi. A z deserów, poza deską owczych serów, letnia wersja tiramisu (bo musiała być dozwolona od lat trzech).


wtorek, 12 sierpnia 2014

Owcze spa

Ktoś mnie ostatnio zapytał, jak tam nasze owce. Faktycznie, coś dawno o nich nie pisałam... Każdy dzień praktycznie taki sam - rano wymarsz na pastwisko, poranne sprzątanie, sprawdzanie i dolewanie wody w ciągu dnia i powrót do owczarni pod wieczór. Na początku lata była akcja 'siano', teraz na tapecie jest słoma. Kilka tygodni temu mieliśmy też drobne przegrupowania w stadzie. Trzeba było rozdzielić matki z córkami i do samic dołączyły już dwa tryki.

A w międzyczasie spełniło się jeszcze jedno z marzeń M. Któregoś jesiennego dnia na samym początku naszej hodowlanej drogi marzył, że będziemy wystawiać nasze owce, zdobywać medale i generalnie staniemy się wzorem do naśladowania. No i proszę, pierwsza wystawa już za kilka dni! Pięć naszych owiec PPG (trzy samice i dwa tryki) będzie na Wystawie Ras Rodzimych w Rudawce Rymanowskiej.

Zanim jednak do tego dojdzie, musimy je trochę 'ogarnąć'. Popytaliśmy, poczytaliśmy i wczoraj odbyło się próbne kąpanie.


Jak to dobrze, że mamy do dyspozycji całą łazienkę, w remontowanym obecnie domu. Dzięki temu obsługa spa była jedynie lekko mokra, a owce w ograniczonej przestrzeni całkiem spokojne.


Oszacowaliśmy potrzebny czas, ilość płynu do prania wełny i od poniedziałku ruszamy z przygotowaniem właściwej piątki. Trzymajcie za nas kciuki w przyszły weekend!

wtorek, 5 sierpnia 2014

Pstrągi, czyli o tym jak dziewczyna z nad morza odnalazła się w górach

Wychowałam się w Gdyni, mój tato był rybakiem dalekomorskim, więc miłość do ryb mam we krwi. Pamiętam jak będąc dzieckiem, każdego miesiąca, po wypłacie, szliśmy z mamą do restauracji rybnej (wtedy jedynej w Gdyni, na ul. 10 tego Lutego) na serwowane tam smażone kalmary. Wokół były zawsze świeże dorsze, flądry, śledzie kupowane od zaprzyjaźnionych rybaków lub na Hali Rybnej.

Kiedy przeprowadziłam się do Warszawy, przez pierwszy miesiąc prawie każdego dnia jadłam śledzie. Wchodziłam do sklepu po coś na kolację i nie widziałam niczego innego, tylko właśnie śledzie. Z każdej wyprawy do domu przywoziłam mrożone lub przetworzone ryby. Potem zabrakło rodziców... I przeprowadziłam się na południe, w Beskidy Niskie.


Potrzeba jedzenia ryb jednak pozostała. Możecie sobie wyobrazić moje szczęście, kiedy krótko po przeprowadzce, odkryłam hodowlę pstrągów 10 km od domu! 10 minut w samochodzie i już mam świeże ryby!


czwartek, 31 lipca 2014

10.000 odsłon i owoce pod kruszonką

Bloga zaczęłam pisać głównie dla moich znajomych. Obok opowiadania o naszym życiu na wsi, chciałam im je pokazać. Przydał się również jako narzędzie popularyzacji przepisów na jagnięcinę. A z czasem stał się dla mnie odskocznią od codzienności. Połączył to, co lubię najbardziej - gotowanie, fotografowanie i snucie opowiadań. Nie piszę regularnie, ale staram się robić to jak najczęściej, w miarę możliwości czasowych. Podziwiam tych blogerów, którzy publikują wpisy codziennie i w 100% zgadzam się z tymi, którzy mówią, że jest to praca na pełen etat. Im więcej wpisów stworzyłam, tym bardziej chcę, żeby każdy kolejny był lepszy od poprzedniego i tym więcej czasu im poświęcam.

Każda odsłona jest dla mnie niesamowicie cenna. Dziękuję Wam za te ponad 10 000! Wiele mnie one już nauczyły, a przede wszystkim motywują, żeby pisać dalej.

Dlatego dzisiaj będzie o tym, o czym rozmawiałyśmy z moją dobrą koleżanką kilka dni temu. Spotkałyśmy się w Arłamowie podczas ich krótkiego urlopu. W ostatniej chwili byłam bliska odwołania naszego przyjazdu, znowu gdzieś się przeziębiłam, ale ponieważ M. wstał specjalnie znacznie wcześniej, żeby 'obrobić' owce, pomyślałam, a co tam, choroba nie zając... Szybkie pakowanie rzeczy na całodzienną wycieczkę i pojechaliśmy.

Niestety wzięłam aparat z rozładowaną baterią, więc nie zobaczycie ani jednego zdjęcia z tego wyjazdu. Będzie za to postscriptum do rabarbaru pod kruszonką.

wtorek, 22 lipca 2014

Makaron z cukinią, letni i szybki

Biuro pierwszej firmy w Warszawie, w której pracowałam, było niedaleko Teatru Rozmaitości. Na parterze mieściła się wtedy kawiarnio-restauracja, w której można było zjeść i śniadanie i lunch i spotkać się na drinka po pracy. Nie pamiętam już nazwy tego miejsca (zniknęło kilka lat temu), ale do dzisiaj pamiętam podawany tam makaron z warzywami, fetą i oregano.


wtorek, 15 lipca 2014

Lipiec w ogrodzie

Już prawie wszystkie niezbędne rzeczy są rozpakowane. Z jednej strony wracamy do normalności, a z drugiej stajemy się budowniczymi. Nasze rozmowy wypełnia nie tylko 'w którym kartonie znajdę....' ale również 'trzeba poszukać betoniarni', czy 'jutro przywiozą stal na zbrojenie, ktoś musi to odebrać'. Kogoś trzeba zawiadomić, żeby przyjechał, a kogoś odwołać, bo znowu pada...

Mimo że jesteśmy na budowie prawie codziennie, to dopiero teraz widzimy, jak nasz ogród zmienia się z dnia na dzień. W ostatnią niedzielę Zosia wręcz nie mogła się nacieszyć nowymi kwiatami.


Pojawił się pierwszy słonecznik i kolejna malwa.


Fasolkę już możemy zacząć zbierać, a pomidory pewnie już niedługo.

 

Patisony dopiero zaczynają mieć kwiaty (fakt, były posadzone później), ale cukinię już zrywamy.
 

No właśnie... Dzisiaj na kolację na pewno będzie cukinia, tylko jak przyrządzona... Jeszcze nie wiem... Świerszcze za oknem za bardzo hałasują...


niedziela, 6 lipca 2014

Przeprowadzka cz. 2

Nasze życie po raz kolejny zostało zredukowane do kartonów. Zawsze w takich sytuacjach planuję duże porządki, pozbywanie się rzeczy. A potem, zazwyczaj z braku czasu, pakuję tylko wszystko do kartonów, oznaczam je i robię listę, co jest w którym. Na szczęście wiele rzeczy udało nam się przewieźć w szufladach, komodach etc. To była chyba jedyna zaleta przeprowadzania się o ulicę dalej.

piątek, 27 czerwca 2014

Zupa krem z kalarepy, trochę orientalna i bardzo rozgrzewająca

Uwielbiam krem z kalarepy. Od kiedy pamiętam była to zawsze łagodna zupa, często z grzankami. Ale ostatnio potrzebowaliśmy czegoś, co postawi nas na nogi i doda energii. Stąd na stole pojawił się imbir, papryczka chilli i świeża, pachnąca kolendra.


poniedziałek, 23 czerwca 2014

Długi czerwcowy weekend... na wsi

Za każdym razem, kiedy nadchodzi długi weekend zdaję sobie sprawę, jak bardzo inne jest nasze życie teraz, na wsi, od tego wcześniejszego w mieście, w korporacji. Wtedy każdy długi weekend oznaczał odpoczynek, lenistwo, czasami imprezy czy jakiś wyjazd. Teraz czasami wizytę gości, odrobinę odpoczynku, ale bardzo często nadrabianie zaległych prac, domowych, rolniczych czy już rzadziej papierkowych. Po takim weekendzie często mamy wrażenie, że zamiast odpocząć, jesteśmy jeszcze bardziej zmęczeni. Tyle że fizycznie, szczególnie jak pogoda dopisuje, a nie umysłowo. Czasami jesteśmy nieco bardziej opaleni, ale zawsze podwójnie dotlenieni.

Ten długi weekend był szczególnie pracowity. Zaczęliśmy jeszcze przed jego rozpoczęciem od akcji 'siano'. Jedni woleli pracę maszynową, inni fizyczną, ale większość, bez względu na wiek, połączył zachwyt do wielkiego zielonego cacka.

 

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Przeprowadzka

Już wszystko jest potwierdzone, nowy dom wynajęty i powoli sprzątany. Zostało tylko zamówienie firmy do przeprowadzki i spakowanie wszystkiego w kartony. Na wszystko zostały nam jeszcze trzy tygodnie, więc będzie spokojnie. Albo i nieco mniej spokojnie, bo pewnie zabierzemy się do pakowania pod koniec trzeciego tygodnia. Na szczęście mamy wprawę i opracowany w boju system, więc i tak jestem spokojna.

czwartek, 12 czerwca 2014

Czy Daisy będzie miała szczeniaki, czyli o życiu ze zwierzętami

Jako dzieci mieliśmy tylko jednego psa i to w dodatku samca. Kiedy w okolicy pojawiała się suczka z cieczką, jej właścicielka zawsze wpadała w histerię. "Żeby tylko jej ukochana sunia nie miała szczeniaków." Dlatego zawsze wydawało mi się, że posiadanie szczeniaków jest bardzo proste.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...